Zasada

Pierwsze o zasadzie….

Tak sobie postanowiłam, i do tego zachęcam, że będę zawsze starała się stosować jedną ważną zasadę odnośnie żywienia moich urwisków, a mianowicie ŻADEN POSIŁEK NIE MOŻE BYĆ PRZYPADKOWY I POWINIEN BYĆ MAKSYMALNIE, NA MIARĘ MOICH MOŻLIWOŚCI, WARTOŚCIOWY. Właściwe odżywianie traktuję jako inwestycję w zdrowie dzieci (również jako lekarstwo na dolegliwości – choć tych nie ma w ogóle lub prawie w ogóle) oraz jako element świadomego wychowania i edukowania dzieci w zakresie zdrowego stylu życia. I NIE JEST TO DLA MNIE JAKAŚ PRZEJŚCIOWA MODA, WYMYSŁY ZNUDZONEJ MAMUŚKI CZY FANABERIA. Jest to mój obowiązek aby dać dzieciom dobry start w życiu, dać im to, co najlepsze. Po poważnych problemach zdrowotnych Ulego do prawie 5 roku życia (w wyniku moich błędów, nieświadomości oraz głupiego zawierzenia zdrowia mojego dziecka lekarzom i „mądrym” autorytetom z gazetek typu „Mamo to ja”) zrozumiałam, że dzieci są regularnie zatruwane lekarstwami oraz chemią i cukrem w żywieniu. Po zmianie żywienia oraz podejścia do leczenia (stopniowo, w miarę nabywania wiedzy) nastąpiła RADYKALNA poprawa zdrowia fizycznego, emocjonalnego i poznawczego mojego dzieciątka!

Zatem pamiętajmy, że każdy posiłek jest ważny, nie może być byle jaki, każdy kęs ma znaczenie. Wartość odżywczą posiłku można zwiększyć w prosty sposób. Oto kilka przykładów:

1. Dziecko MUSI zjeść rano śniadanie. Powinno być ono na ciepło – jest to najlepsze dla dziecka wychodzącego do przedszkola czy szkoły (rozgrzany żołądek to rozgrzany mózg – dziecko lepiej funkcjonuje po takim śniadaniu i zwiększamy w ten sposób jego odporność – zwłaszcza jesienią i zimą). Ja daję zupę – czasami z kluseczkami, ryżem, makaronem lub grzankami, gołąbki, bigos, raz w tygodniu ciepłe mleko z płatkami owsianymi lub jęczmiennymi, jajeczniczkę, jaja na miękko, domowy pasztet na ciepło, naleśniki, racuszki, itp… Czasami są grzanki z ciemnego pieczywa z dużą ilością dobrego masła.

2. Nigdy (!!!) nie dajemy dzieciom na drugie śniadanie ciastek czy batonów sklepowych, bułek, chrupków. To jest również bardzo ważny posiłek, ale ponieważ do szkoły nie da się raczej dać na ciepło to niech to będzie domowe ciasto, owoce, wartościowa kanapka, bakalie, marchewki do chrupania, itp.

3.  Udajmy się raz w tygodniu na targ i kupmy wiejskiego mleka, ze dwie, trzy kostki naturalnego masła czy twaróg. Zastąpienie mleka sklepowego wiejskim, to już duży sukces (idealnie, gdy tego mleka nie ma dużo – raz, najwyżej dwa, w tygodniu).

4. Nie oszczędzajmy na dobrym maśle – jest idealne na grzankę z chleba żytniego, z pachnącym pomidorkiem, zieleninką. Dzieci powinny jeść dużo masła, oliwy z oliwek oraz, idealnie, oleju kokosowego (który stanowi antidotum na wiele problemów).

5. Czasami awaryjnie potrzebujemy szybkiej przekąski – zamiast kupować herbatniczki kupmy wafle ryżowe (choć uwaga! sprawdzamy czy są w 100% z brązowego ryżu – producenci lubią kombinować – niektóre wafle są z białego ryżu oraz z dodatkami smakowymi). Tak przykładowo umieszczę skład rzekomo zdrowych i pożywnych petitków lubisiów:  Mąka pszenna, cukier, syrop glukozowo- fruktozowy, jaja, olej roślinny, glicerol, olej palmowy, dekstroza, kakao, difosforan disodowy, wodorowęglan sodu, sól, serwatka w proszku, E412 Guma guar, kwas cytrynowy, mleko w proszku odtłuszczone 3,7%, mleko w proszku pełne 2,6%, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, E475 Estry kwasów tłuszczowych. O szok! Ja tu widzę najwyżej trzy składniki w miarę bezpieczne, tj. jaja, sól i kakao. Reszta to trucizny. Nawet taki olej – na mur beton rafinowany, a zatem podnosi poziom cholesterolu (tak, tak, właśnie olej, a nie masło jak nam to próbują wciskać:-), zaburza metabolizm. I dajemy to naszym dzieciom, które kochamy… 

6. Jeśli robimy zupę to niech to będzie zupa bez kucharków, kostek i innych chemicznych dodatków. Obok wsadu mięsnego (i niech to nie będą sklepowe kurczaki – wszystko inne tylko nie kurczaki!) dajmy duuużą porcję włoszczyzny (żadne tam skromne pojedyncze marcheweczki i pół pietruszeczki), doprawmy samymi przyprawami. Da się:-) Zupę wzbogacamy żółtkami, wiejską śmietanką lub masłem.

7. Gdzie tylko się da, zastąpmy cukier miodem, starajmy się dosładzać raczej produktami naturalnymi (w cieście słodycz dają rodzynki, figi, dojrzałe, słodkie jabłka).

8. Redukujmy białą mąkę pszenną – raczej orkiszową, kukurydzianą, można próbować z gryczanej, jaglanej i innych.

9. Ubogacajmy posiłki orzechami, ziarnami, pestkami. Stanowią wspaniałe źródło kwasów omega 3 i 6 oraz wielu innych, cennych składników do prawidłowego rozwoju dzieci. Nawet do ciasta naleśnikowego możemy dodać trochę zmielonych ziaren lnu czy sezamu. Piekę dzieciom różne ciasta, ciasteczka i inne smakołyki i zawsze ładuję tam spore ilości bakalii, pestek i nasion.

10. Jeśli kupujemy bakalie to udajmy się do sklepu ze zdrową żywnością (w Cieszynie są trzy dość dobrze zaopatrzone – jest w czym wybierać). Niech rodzynki i suszone śliwki będą niesiarkowane, bez dodatku cukru.

11. Generalnie staramy się upraszczać posiłki czy przekąski – im mniej przetworzone, tym lepiej. Danonek dany dziecku to trucizna, o wiele lepiej dać suszone jabłka czy brązowy ryż z jabłuszkami na ciepło. Wróćmy do kasz, omaszczonych masełkiem ziemniaczków ze szczypiorkiem, odżywczych zup.

12. Zasiejmy rzeżuchę, wyhodujmy kiełki (kupujemy np. nasiona rzodkiewki/fasoli/inne na kiełki, wrzucamy do słoja, przykrywamy gazą/ ścierteczką i dwa razy dziennie przepłukujemy i zlewamy wodę) – po kilku dniach mamy wspaniałe, cenne źródło witamin. Dajemy na kanapeczki, jajeczniczkę czy co tam….

O możliwych zmianach w żywieniu można by pisać i pisać. Warto zacząć od choćby drobnych zmian, np. zmieniamy tłuszcze, nie kupujemy przetworzonych produktów, dbamy o ciepłe posiłki dla dziecka co najmniej dwa razy dziennie. To się da zrobić… Warto:-)

Następnym razie o mojej przygodzie z Flapjackiem, angielskim przysmakiem po mojemu:-)

Twórczość

Władysław Lam podkreśla, że dzieci są szczerymi twórcami, tworzą nieintelektualnie, na żywo. M. Gogół-Peszke stwierdza stanowczo, iż każde małe dziecko posiada potencjalne uzdolnienia twórcze, jednak mają na nie wpływ różne, często niekorzystne bodźce. Oczywiście można je również rozwijać i wzmacniać. Niestety więcej tych działań negatywnych niż pozytywnych, o czym świadczy brak wrażliwości plastycznej u dorosłych. Niski poziom kompetencji estetycznych jest choćby zauważalny w ogólnej estetyce miast – przede wszystkim w architekturze (mówi się o „krzyku w przestrzeni”), w stylu ubierania się, preferencjach malarskich, wystroju wnętrz. „Siermiężność” to słowo opisujące nasze gusta. I nie ma się co obrażać – o sobie mogę powiedzieć to samo, wrażliwości zaczęłam się uczyć jako osoba dorosła i niestety nie jestem w stanie nadrobić barków, nie mam tego w sobie, naturalnie. Niektórzy mają – i dzięki ci Boże za tych artystów! Inaczej zginęlibyśmy marnie:-)

Dalej Gogół-Peszke przestrzega przed podporządkowaniem dziecięcej twórczości gotowym formom czy wzorom, przed martwym i skostniałym ocenianiem, bo najważniejsza jest „koncepcja i siła wyrazu, samodzielność i autentyczność  wypowiedzi” a nie „mistrzostwo techniczne czy zgodność przedstawień z naturą”.

Obserwując mojego 3 i pół letniego Tymianka widzę instynktowność doboru barw (mój mąż plastyk [sic!] twierdzi, że zestawy są doskonałe, że z palety kilkudziesięciu kolorów ten zwykły-niezwykły chłopczyk dobiera idealnie te, które dobrze ze sobą wyglądają, są spójne), instynktowność linii (kompozycja Tymiankowych obrazków jest jakby dogłębnie przemyślana – a przecież nie jest, on nie myśli, tylko tworzy), naiwność będąca „wyrazem specjalnej zdolności widzenia, nieulegająca wpływowi racjonalnego czy dedukcyjnego postrzegania”.

Jaką wartość dla rozwoju osobowości dziecka ma ekspresja plastyczna? Ta sama autorka pisze, iż „podstawową funkcją twórczości plastycznej dziecka jest komunikacja”. Dziecko wyraża swoje uczucia i myśli, jego twórczość jest odzwierciedleniem jego psychiki i osobowości. Dlatego rysunek dziecka jest jednym z podstawowych narzędzi diagnostycznych – sugeruje stan wewnętrzny, emocjonalny. „Twórczość odzwierciedla emocje dziecka i poziom fizycznego rozwoju, wspiera zdolności intelektualne, świadomość percepcyjną, pierwiastek twórczy i smak estetyczny, a nawet poziom rozwoju społecznego dziecka. Rozwija je także w sferze psychicznej. Dziecięca plastyka jest swoistego rodzaju zabawą. Dziecko jest w niej twórcą i widzem jednocześnie. Odczuwa silne emocje zanim narysuje, jak twórca dążący do ujawnienia tego, co czuje, przeżywa w trakcie pracy i widząc swoje dzieło. Doznaje na sobie siły obrazów, które samo stworzyło”. Dziecko porządkuje świat, swoje wiadomości, uczy się samodzielności i nabywa sprawności właśnie poprzez twórczość.

Dlatego też należy tę wczesną, naturalną zdolność wspierać. U nas na podłodze zawsze leżą jakieś kartki, zeszyty i duże arkusze oraz mazaki, pastele i zwykłe kredki. To taki zaledwie najprostszy zestaw, warto robić coś więcej – mieć pewną bazę różnych  materiałów do bardziej wyszukanych form. Przyznaję, że te „bardziej wyszukane formy” realizujemy rzadziej (z braku czasu niestety), na co dzień są ołówki i szkicowniki. Podczas procesu twórczego nie pouczamy dziecka ani nie uczymy, lecz stwarzamy atmosferę korzystną dla samodzielnej pracy.

Raz Tymianek zapytał mnie dlaczego dach musi być czerwony. Odpowiadam, że nie, wcale nie musi, a któż twierdzi, że tak ma być? Okazało się, że pani w przedszkolu oznajmiła podczas kolorowania domku, że dach musi być czerwony! Nie kwestionuję kompetencji pani i jej zaangażowania w pracę z maluszkami (ogólnie jest ok:-), ale jej stanowisko jest dość typowe – dorośli mówią dzieciom „jak powinno być”, nie pozwalając na własny wyraz, na własne spostrzeżenia, ograniczając i zabijając naturalne zdolności….

Warto posyłać dzieci na różnego rodzaju zajęcia plastyczne prowadzone przez specjalistów (jeśli mama i tata pracują i nie znajdują na to czasu). W wielu miejscowościach prowadzone są warsztaty w domach kultury, galeriach. Warto:-) Mama i tata powinni natomiast zapewnić w domu przyjazny kąt na pracę twórczą, oprowadzać dzieci po wystawach, pokazywać rzeczy ładne, uwrażliwiać poprzez kontakt z przyrodą, oglądać albumy z pracami znanych artystów.

Na podstawie „Dziecięca ekspresja plastyczna, jej cechy i wartość”, M. Gogół-Peszke.

Ciasteczka na drugie śniadanie

Wraz z nowym rokiem szkolnym poszukuję nowych przepisów na pożywne i atrakcyjne drugie śniadanie dla moich najmilszych. Znalazłam takie, ot, sympatyczne ciasteczka, które już tradycyjnie przerobiłam na swoje. Są pożywne, smakują wspaniale, zawierają dużo dobrego białka i tłuszczu wzmacniającego i odżywiającego mózg i tkanki nerwowe.

Oto przepis, pod spodem uwagi:

Składniki na około 22 duże ciasteczka:
200g masła w temperaturze pokojowej
miód
1 jajko (w tej samej temperaturze co masło)
1 szklanka mąki
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
2 i 1/2 szklanki płatków owsianych
1/2 szklanki posiekanych bakalii

1. Mąkę wymieszać z sodą, solą.

2. Masło ucierać mikserem na średnich obrotach przez około 2 minuty. Dodać miód i ucierać jeszcze przez 2-3 minuty. Następnie dodać jajko, wymieszać.

3. Do maślanej masy dodać pozostałe składniki i wymieszać łyżką lub rękoma.

4. Z ciasta formować w rękach kulki, układać je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i spłaszczać (między ciasteczkami proszę zachować odstępy). Ciasteczka wstawić do piekarnika nagrzanego do 170oC na funkcji termoobieg i piec przez około 17 minut (na funkcji góra-dół 180oC). Podawać przestygnięte.

Pierwotnie w przepisie był cukier i mąka pszenna. Niestety wiemy już, że wspaniałe właściwości bakalii nikną wobec szkodliwości wspomnianego cukru i mąki. Cukier zastąpiłam trzema łyżkami miodu (dwie też wystarczą, trzeba dać tylko więcej fig – słodzą wypieki znakomicie) a mąkę pszenną zastąpiłam raz orkiszową, raz gryczaną. Obie wersje wyszły super, jestem pewna, że i kukurydziana zadziała dobrze. Bakalii daję nawet więcej niż przepisowe 1/2 szklanki – wyszła mi dobra szklanka. Dodaję: garstkę posiekanych fig, rodzynek, suszonych moreli, suszonych śliwek, słonecznika, kokosu, różnych orzechów – tu można mieszać, co akurat dostępne. Naturalnie szukamy dobrej jakości bakalii – siarkowane i zjełczałe nie stanowią wartościowego dodatku, wręcz szkodzą.

Można sobie spokojnie zrobić podwójną porcję i przechować (ja staram się trzymać w lodówce – zawsze mam obawy, że do ciasteczek wkradnie się PLEŚŃ;-)

Ciasteczko wraz z owocem lub surowym warzywkiem włożone do lunchbox’a z pewnością zadowoli malucha i sprawi mu radość kulinarną.

Pieczemy?

Po wakacjach

Czas powrócić do pełnowymiarowego i świadomego rodzicielstwa:-) Wakacje to taki trochę szczególny czas, kiedy pozwalamy sobie na trochę luzu. Odpadają, przynajmniej w moim przypadku, obowiązki związane z odprowadzaniem do szkoły tudzież przedszkola. Rodzice wprawdzie luzu nie mieli bo podczas wakacji pracują wyjątkowo dużo, za to dzieci – owszem…. Udawało mi się jedynie nie odpuszczać zbytnio w kwestii żywienia, zbyt wielką wagę do tego przykładam, natomiast w kwestiach wychowawczych pilnowałam jedynie by się nie pozabijali…. Organizowali sobie czas na hektarach u babci – leżeli w klatce z królikami, całowali się z psem, wchodzili do kurnika malutkim wejściem dla kur (wyścielanym naturalnym nawozem kurzym), czasami jedli brudnymi rękami, i inne przerażające czynności o których strach pisać:-) Jednak był to pod wieloma względami cenny czas – bogactwo owoców i warzyw z własnego ogrodu, luz, spontaniczna zabawa, naturalne szczepienie wszelkimi możliwymi zarazkami….W takich warunkach dzieci dokonują skoku rozwojowego, dojrzewają, wzbogacają swoje doświadczenie, uczą się (owszem,  przez zabawę), wzmacniają. Jednym słowem nabierają sił potrzebnych do stawienia czoła nowym wyzwaniom.

Przyznaję, podczas wakacji, szczególnie w deszczowe dni, było również nieco więcej oglądania telewizji (duży ekran u babci był szczególnie pociągający!). W domu oglądają na ekranie komputera jedynie od czasu do czasu wybrane bajki. Nie mówię, że telewizja jest z gruntu zła, twierdzę jedynie, że większość programów nie nadaje się dla dzieci, że nadmiar jest wysoce szkodliwy, że oczekiwania dzieci odnośnie rzeczywistości oraz jej koncepcja i sposób postrzegania rodzi się przed ekranem. Zauważyłam jak wielką ulgą dla mnie było usadowienie urwisków przed ekranem – już nie martwiłam się czy nie zrobią sobie krzywdy, siedzieli z otwartymi buziami, pochłonięci w stu procentach kolorowym i szczęśliwym światem…. Rozumiem, jak wielką może to być pomocą dla zapracowanych rodziców… Tyle, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że nadmiar telewizji/komputera może prowadzić do takich problemów z dzieckiem, którym trzeba będzie poświęcić znacznie więcej czasu, energii i pieniędzy niż na zorganizowanie alternatywnej zabawy…

Sylwia Krakowczyk we „Współczesnych kontekstach dzieciństwa” pisze, że media wypełniają dzieciom pustkę dnia codziennego. Rodzice są często zmuszeni pracować do późnych godzin, ich pociechy są wtedy samotne, zostawione same sobie. Albo – rodzice są w domu ale nadrabiają zaległości w praniu, gotowaniu lub, co gorsza, sami włączają odbiorniki, separują się… Obraz rzeczywistości budowany na podstawie informacji przekazywanych przez media jest wypaczony, nie ma nic wspólnego z faktycznym stanem, jest KŁAMSTWEM. Telewizja zamyka umysł, ogłupia, obniża poziom życia społecznego, rodzinnego, intelektualnego.

Gdy nie mam czasu na aktywną zabawę ze swoimi chłopcami rozkładam im duże arkusze szarego papieru (kupuję po 0,80 zł), wykładam kredki, mazaki lub papiery kolorowe, gazety, nożyczki i kleje i albo podpowiadam temat (np. ZARAZKI – Uli i Tymianek stworzyli fantastyczną serię mikrobów) albo, najczęściej, zostawiam to ich własnej inwencji…

Najczęściej jednak sami organizują sobie zabawę. NIE należy zbytnio ingerować:-)

Media sprzedają złudzenia. Reklamy są tak skonstruowane, że oddziałują na człowieka bardzo sugestywnie. Szczególnie dzieci są na nie podatne. Wierzą bezgranicznie w zapewnienia płynące z ekranu, dają się zaczarować, rodzi się u nich przekonanie, że dana rzecz (najczęściej zabawka) jest im niezbędna, jest cudem, które zapewni ciągłą rozrywkę. Reklamodawca kreuje u odbiorców nowe potrzeby, definiuje role społeczne, tworzy normy.

Obdzieram moje dzieci ze złudzeń w odniesieniu do mediów. Muszę. Jeśli tego nie zrobię ich umysły zostaną przemienione, zamknięte, zniszczone. Kłamstwo nazywam wprost kłamstwem. Tłumaczę, że to, co widzą w reklamie to tylko wrażenie, złudzenie, że wspaniałe żelki zawierające witaminy niszczą zdrowie dzieci, że wcale nie uzupełniają witamin. Że wcale nie chodzi o nasze dobro i zdrowie lecz o ZYSK dla producenta.

Czyli co? Wyłączamy telewizję i bawimy się razem!

Dzieci pytają

Jednym z najlepszych sposobów rozwijania umiejętności myślenia jest zachęcanie do stawiania pytań. Dla dzieci jest to coś bardzo naturalnego – muszą je zadawać, jeśli mają się nauczyć, jak się dostosować do złożonego i zmiennego otoczenia. Ale to czy nadal będą je zadawać w dużym stopniu uzależnione jest od sposobu, w jaki dorośli na nie reagują. Zdolność do zadawania dobrych pytań i udzielania na nie odpowiedzi stanowi podstawowy składnik inteligencji, może on być wzmocniony albo stłumiony (Sternberg, Spear-Swerling, 2003).

Podstawowym przykładem procesu przyswajania (uwewnętrzniania) wiedzy absorbowanej z otoczenia jest uczenie się dzięki pośrednictwu innych osób (Feuerstein). To rodzic pełniący rolę nauczyciela pomaga dziecku zrozumieć otoczenie, podpowiadając, w jaki sposób może je zinterpretować. Feuerstein twierdził, że często te dzieci, które wykazują niedostatek umiejętności intelektualnych, w przeszłości uzyskały niewystarczającą pomoc rodzica – nauczyciela, pełniącego rolę pośrednika w procesie pobierania nauki. Piaget (znakomity psycholog) powiedziałby, iż rodzic-nauczyciel przekazując dziecku (pośrednicząc) doświadczenie, tłumacząc je, pomaga dostosować je do już istniejących schematów tworząc tym samym nowe (Sternberg, Spear-Swerling, 2003).

Dalej ci sami autorzy, tj. Sterberg i Spear-Swerling, twierdzą, że reakcje rodziców i nauczycieli na pytania dzieci można przypisać do siedmiu poziomów, przy czym wyższe poziomy reprezentują najwyższy stopień pośredniczenia, stwarzając tym samym dziecku najlepszą okazję rozwoju umiejętności myślenia wyższego rzędu poprzez wywieranie lepszego wpływu na intelektualny rozwój dzieci. Oto poziomy:

1. Odrzucenie pytań. Kiedy reagujemy w ten sposób przesyłamy dziecku komunikat, że ma milczeć. Pytania traktowane są jako coś niewłaściwego czy irytującego, dziecko ma być widziane, a nie słyszane, i ma znać swoje miejsce. Z pewnością nie podpisujemy się pod takim sposobem reagowania i oburzamy się gdy słyszymy, że ktoś tak postępuje. Jednak nawet najlepsi rodzice, nauczyciele czasami tak postępują, choćby ze zmęczenia.

2. Przeformułowanie pytań w odpowiedzi. Na tym poziomie pośrednik odpowiada na pytania dziecka, ale w całkowicie pusty sposób, w odpowiedzi odwracając jedynie pytanie. Przykładowo na pytanie o to, dlaczego ten człowiek postępuje jak szalony, odpowiadamy, że jest nienormalny.

3. Przyznanie się do niewiedzy lub podanie informacji. Zatem albo mówimy, że czegoś nie wiemy, albo udzielamy bezpośredniej odpowiedzi na podstawie posiadanej wiedzy. Takie odpowiedzi są sensowne w niektórych okolicznościach, ale nie stanowią najlepszej pomocy ze strony rodzica, nauczyciela. Na tym poziomie odpowiedzi rodzice często stosują wzmocnienie typu: „Bardzo dobrze, że pytasz”, „To jest dobre pytanie”. To akurat jest najlepsze co można zrobić – wzmacniać naturalną ciekawość. Odpowiadanie wedle swojej własnej wiedzy już niekoniecznie jest najlepsze – często posiadamy błędne informacje, odpowiadamy „na odczepnego”.

4. Zachęcanie do szukania odpowiedzi u autorytetów. Tu istnieją dwie grupy ludzi – pośrednik bierze na siebie odpowiedzialność za poszukiwanie odpowiedzi w odpowiednich źródłach albo proponuje dziecku, by samo je znalazło. Na tym poziomie dzieci uczą się, że wiadomości można poszukać – jeśli za nich poszukuje rodzic czy nauczyciel dziecko nauczy się zdobywać wiedzę w pasywny sposób, jeśli zaproponujemy dziecku samodzielne poszukanie odpowiedzi wówczas uczy się ono przyjmować odpowiedzialność za własną naukę.

5. Rozważanie różnych wyjaśnień. Pośrednik wyraża własną niepewność, lecz podpowiada możliwe rozwiązania i zachęca dziecko, by samo zdecydowało, które jest poprawne. Na takim poziomie odpowiadania na pytania dziecko uczy się, że nawet proste pytanie może doprowadzić do sformułowania poważnych hipotez. Zdecydowanie bardziej aktywnym sposobem zdobywania wiedzy będzie zaproponowanie dziecku, żeby samo podało  możliwe odpowiedzi.

6. Rozważanie wyjaśnień wraz ze sposobami ich oceny. Na tym poziomie nie tylko zachęcamy dziecko do proponowania alternatywnych rozwiązań, lecz również do przemyślenia sposobów ich porównania, ocenienia.

7. Rozważanie wyjaśnień wraz ze sposobami oceny i sprawdzeniem tych ocen. Na tym poziomie pośrednik zachęca dziecko do przeprowadzenia eksperymentów, które pozwolą mu dokonać rozróżnienia między alternatywnymi wyjaśnieniami. Nie każde wyjaśnienie da się zweryfikować, ale niektóre z pewnością tak.

Rodzice nie mają możliwości odpowiadania dzieciom na każde pytanie stosując poziom siódmy, już bardziej nauczyciele. Ale prostsze eksperymenty można przeprowadzać, można również uczyć dziecko korzystania ze słowników, encyklopedii, itp. Na pewno możemy stosować techniki wyższego rzędu (niekoniecznie siódmego) – zachęcać dzieci do formułowania możliwych odpowiedzi, sprawdzania.

Wymaga to jednak pracy, uwagi poświęconej dziecku, szacunku dla jego niewiedzy i dbałości o stymulowanie w nim pragnienia zdobywania wiedzy. Zawodzę czasami moje dzieci – zdarza się, że zbywam, upraszczam rzeczywistość. Ale wierzę, że jeśli na większość pytań odpowiadamy z wyższego poziomu to i tak robimy dobrą robotę, zwyczajnie nie dalibyśmy rady poświęcić dziecku tyle uwagi, żeby było super. Pełnimy zbyt wiele ról, dzień wypełniają nam liczne czynności… Ale starajmy się, ok?

Tymianek jest szczęśliwy

I to baaaardzo:-) Od kilku dni przebywa tylko z mamusią (i tak będzie przez najbliższe dwa miesiące) i to wpłynęło na niego uszczęśliwiająco. Wprawdzie mamusia musi trochę pracować ale kręci się cały czas w pobliżu. Okazuje się, że urwisek potrafi wspaniale zorganizować sobie czas – tworzy skomplikowane budowle ze starych, dobrych, drewnianych klocków i opowiada. Opowiada non stop tak, że mamusia nie może własnych myśli posłuchać czy porozmawiać przez telefon. Historie, które tworzy przewyższają złożonością i kreatywnością mistrzów intryg i suspensów. Jest przy tym radosny, pełen poczucia bezpieczeństwa i wynikającej z tego swobody zachowania, „przytuliński” (łasi się, zaczepia, mówi słodko do swojej mamusi) – jednym słowem SAM MIÓD! Ach, i te pytania… Średnio 4 na minutę…. Już nie mogę :-P

Nasuwają się zatem dwa wątki – dziecko w domu kontra w żłobku/przedszkolu oraz pytania stawiane przez dziecko. 

Kwestia pierwsza. No cóż, jedno jest pewne i naukowcy niezależni (!) potwierdzają to jednoznacznie – do 3 roku życia dziecko MUSI mieć tzw. osobę znaczącą (czy inaczej: znaczącego innego). Potrzeba przynależności jest naturalnym elementem mechanizmu przetrwania – poszukiwanie obrońcy, nauczyciela i przewodnika stanowi dla dziecka zapewnienie ochrony oraz wprowadzenia w obcą rzeczywistość. Ponad to, i to jest chyba najważniejsze, ta osoba powinna być w emocjonalnej relacji z dzieckiem – jest to gwarant prawidłowego rozwoju społecznego i emocjonalnego (a inteligencja emocjonalna czy umiejętność nawiązywania prawidłowych relacji z ludźmi są jednymi z najistotniejszych kompetencji w życiu dorosłym – gwarantują osiągnięcie powodzenia w życiu zawodowym i prywatnym).

Oddzielenie od matki na wczesnym etapie rozwoju pociąga za sobą szereg konsekwencji. Badania wykazały, iż w wyniku stresu uwalnia się hormon zwany kortyzolem, którego poziom u dzieci w żłobku (również często w przedszkolu) wielokrotnie przewyższa normy. Co więcej, jego wysokie stężenie utrzymywało się u dzieci nawet po powrocie do domu. Wyrzut kortyzolu do mózgu, uzasadniony biologicznie w niektórych sytuacjach (gdy stymuluje do działania), jest BARDZO szkodliwy dla małego dziecka (dla dorosłych też). Długotrwałe wystawienie na działanie hormonów stresu wpływa na mózg i zaburza jego funkcjonowanie na kilka sposobów. Toksyczny stres uszkadza połączenia między zwojami mózgowymi. Dzieci stają się bardziej wrażliwe na negatywne doświadczenia życiowe i mają niski próg tolerancji stresu. Stres tłumi odpowiedź immunologiczną organizmu i prowadzi do przewlekłych problemów ze zdrowiem. Ponadto niektóre hormony stresu mogą uszkodzić obszary mózgu odpowiedzialne za uczenie się i pamięć. Odnośnie dalszych konsekwencji oraz znaczenia więzi dziecka z matką odsyłam do artykułu na: 
http://www.przytulmniemamo.pl/vertical-warto-przeczytac/vertical-artykuly/vertical-stres-w-dziecinstwie.html
.

Co robić? Mało kto może sobie pozwolić na zostanie z dzieckiem w domu do 3 czy nawet 5 roku życia. Jest to luksus, prawda? Moje dzieci też miały nianie oraz poszły do przedszkola (Tymianek już jako 2-u latek). No cóż, pozostaje nam minimalizowanie stresu, poszukiwanie NAJLEPSZYCH MOŻLIWYCH rozwiązań. ZAWSZE lepsza jest niania niż żłobek. Niestety, żłobki są strasznym doświadczeniem dla dziecka, które nie ma szans na nawiązanie trwałej, bezpośredniej relacji z wychowawcą – za dużo dzieci, za mało kadry. Myślę, że innym, nie najgorszym rozwiązaniem są małe klubiki dziecięce czy też prywatne, domowe żłobki z małą grupką dzieci. Niania jest o tyle optymalna w sytuacji, gdy musimy wrócić do pracy, że może poświęcić dziecku 100% czasu i nawiązać tą relację. Oczywiście istnieje jeszcze kwestia wyboru odpowiedniej niani. Niektórzy mają możliwość korzystania z babć lub dziadków, choć moim zdaniem, jeśli babcia nie potrafi podjąć odpowiednich działań wychowawczych to czasami lepsza jest ta niania, najlepiej z doświadczeniem lub wykształceniem pedagogicznym. Przecież nie chodzi nam tylko o „przechowanie” dziecka lecz o kształtowanie jego rozwoju, czyż nie?  Poza tym babcie mają niestety tendencje do ustępowania dziecku we wszystkim, nie zawsze radzą sobie na przykład z napadami histerii, z konsekwencją, z wymyślaniem różnorodnych zadań. Ostatecznie jednak jest to bardzo indywidualna kwestia, każdy ma inne doświadczenia w tej materii:-).

Co do przedszkoli to obowiązuje ta sama zasada – poszukujemy najlepszych rozwiązań. Alison Clarke-Stewart, ekspert od wychowania przedszkolnego, podsumowała dane z badań, przedstawiając szereg wskazówek dla właściwej opieki przedszkolnej. Niektóre z jej zaleceń dotyczą fizycznego komfortu dzieci:

  • Przedszkole powinno zapewniać dzieciom warunki fizycznego komfortu i bezpieczeństwa.
  • Na każdą szóstkę lub siódemkę dzieci  powinien przypadać jeden opiekun/opiekunka (więcej w przypadku dzieci poniżej 3 r.ż.)

Inne zalecenia dotyczą niektórych aspektów programu edukacyjnego i psychologicznego:

  • Dzieci powinny mieć możliwość swobodnego wyboru zajęć przemieszanych z bezpośrednią nauką.
  • Powinno się uczyć dzieci umiejętności rozwiązywania problemów społecznych.

Odnośnie osób zajmujących się dziećmi:

  • Opiekunowie powinni reagować na potrzeby dzieci i aktywnie włączać się w ich aktywność.
  • Opiekunowie nie powinni poddawać dzieci nadmiernym ograniczeniom.
  • Opiekunowie powinni cechować się elastycznością, tak aby rozpoznawać indywidualne potrzeby poszczególnych dzieci.
  • (Źródło: R. J. Gerrig, P. G. Zimbardo: „Psychologia i życie”)

Niektóre przedszkola nie spełniają nawet tych minimalnych wymagań. Najważniejsze w opisie optymalnych warunków wciąż wydaje mi się jednak osoba opiekuna. Nawet jeżeli pewne warunki bytowo-socjalne nie zostaną spełnione to wrażliwy, posiadający cechy dobrego rodzica, kochający szczerze powierzone mu dzieci opiekun rekompensuje inne braki. Dodałabym jeszcze, że w każdym przedszkolu musi być zapewniona możliwość stopniowego przyzwyczajania dziecka do instytucji, tzn. rodzic przychodzi z dzieckiem pierwsze na godzinkę, potem dwie, następnie zostawia go samego na godzinkę i coraz dłużej. W naszym przypadku to pierwsze ja a potem braciszek zostawał z Tymiankiem. Choć i tak zbyt szybko zostawiłam go samego, naraziłam na stres. Nie uznaję metody drastycznego zostawiania płaczącego dziecka od razu na 8 godzin. Straty w ośrodkowym układzie nerwowym mogą być nieodwracalne. Walczmy Kochani Rodzice o własne dzieci, o dobry start w ich życiu, o niezniszczalny fundament w postaci pełnego szacunku wobec jego lęków, potrzeby przynależności, strachu przed rozstaniem z mamą. To nie jest rozpieszczanie, to jest bezwzględny warunek, który musi zostać spełniony aby z małego człowieka wyrósł duży, zdrowy, zrównoważony, wyposażony w sprawne mechanizmy radzenia sobie z rzeczywistością. Pamiętajcie, że osobą się stajemy, od doświadczeń w okresie rozwoju będzie zależał ostateczny kształt.

Wyszło sporo, więc o roli pytań w rozwijaniu umiejętności myślenia będzie następnym razem:-)

PS. I nie zarzucajcie mi, że do kwestii żłobka i przedszkola  podchodzę w taki sposób bo nie rozumiem tych, którzy wcześnie muszą wrócić do pracy i nie przelewa im się. Rozumiem to BARDZO DOBRZE, nie z takimi problemami się  borykałam….

O co chodzi z tym ADHD?

Do niektórych z was dotarły z pewnością najnowsze rewelacje nt. ADHD i jego kwalifikacji jako jednostki chorobowej.  Stawka toczy się o duuuużą górę pieniędzy… Po uznaniu ADHD za chorobę wielokrotnie wzrosła sprzedaż adekwatnych leków.

Ogarnia mnie pusty śmiech!

Czy naprawdę o to chodzi? Dyskusja toczy się o uznanie ADHD za chorobę lub nie… A co z rodzicami i dziećmi zdiagnozowanymi przez specjalistów? Posiadającymi orzeczenia, specjalnie traktowanymi, przyjmującymi leki (!)… Ich dolegliwości są wyimaginowane?

Nie! Nie o to chodzi! Faktem jest, że jest całe mnóstwo dzieci z nadpobudliwością wszelkiego rodzaju (poznawczą, emocjonalną, fizyczną). Faktem jest, że wiele dzieci ma poważne deficyty uwagi, jest impulsywna, boryka się z niepowodzeniami szkolnymi. Jeśli rozpatrzymy te problemy z humanistycznego punktu widzenia, tzn. człowiek jest ważny i należy mu się zindywidualizowana pomoc, a nie z ekonomicznego, tzn. ważne jest aby określić czy istnieje to ADHD czy nie istnieje bo przecież pociąga to za sobą szereg finansowych konsekwencji, wówczas kwestia nazewnictwa i kwalifikacji syndromu nadpobudliwości psychoruchowej nie będzie miała w ogóle znaczenia. Nie udzielamy dziecku pomocy DLATEGO, że ma wpisane w papiery ADHD, lecz DLATEGO, że ma widoczne zaburzenia zachowania. Kwalifikacja określonego zaburzenia jako choroby sprawia, że natychmiastowo tworzone są procedury postępowania a stąd już blisko do przyznania procedurze prymatu nad osobą wymagającą pomocy. Zatem powiem tak: mało mnie to obchodzi czy uznają ADHD czy też nie, lecz obchodzi mnie każde pojedyncze dziecko borykające się z problemami. I pomogę mu nie dlatego, że ma ADHD, lecz dlatego, że potrzebuje pomocy. Przyznaję, że w przypadku wielu chorób procedury są ważne – usprawniają postępowanie, ujednolicają je. Lecz jeśli mówimy o sferze ludzkiej psychiki oraz neurobiologii musimy wziąć pod uwagę, że po pierwsze nie wszystko zbadaliśmy i wciąż mało wiemy o ludzkim mózgu i OUN-ie, a po drugie zaburzenia najczęściej bywają sprzężone, ich obraz jest inny u każdego pojedynczego człowieka. Owszem, zaburzenia przyjmują jakiś określony kierunek, charakteryzują się pewnymi dominującymi cechami i na tej podstawie mówimy, że dziecko ma to lub tamto, co pociąga za sobą konkretne działania leczniczo-terapeutyczne. Ale ZAWSZE dopasowujemy działania do osobowości dziecka, do jego indywidualnego charakteru, angażujemy go w te działania, ujmujemy całościowo – uwzględniamy jego sytuację rodzinną, szkolną, szanujemy jego unikatową duchowość. Czy lekarze, pedagodzy, nauczyciele tak działają?

I coś, do czego wciąż będę wracać – nie szukamy przyczyn, nie zaczynamy pracy z dzieckiem od najniższego poziomu – fizjologicznego. Bo, Kochani, przyczyną wielu nieprawidłowości, niepowodzeń szkolnych, zaburzeń w zachowaniu jest ZATRUCIE organizmu. I pracę z dzieckiem nadpobudliwym, rozkojarzonym, autystycznym należy zacząć od odtrucia, spowodowanego przetworzoną żywnością, cukrem, złymi tłuszczami, ogólną niedbałością o świeżość i maksymalną naturalność pokarmów, lekami, szczepionkami (odnośnie zdrowia, właściwego żywienia i leczenia dzieci zachęcam do śledzenia: 
http://zdrowedzieci.blox.pl/html
). Na równi z odżywianiem jest właściwe modelowanie/wychowywanie – mądre, pozytywne, tzn. zachęcające, budujące, pełne szacunku dla człowieczeństwa dziecka. Nie lekceważenie problemów dziecięcych, stałe śledzenie jego rozwoju i dostosowywanie się do niego daje spore szanse na wyjście lub zapobieżenie wielu niepowodzeniom. Wiem to z autopsji! Kilka lat zajęło mi wyprowadzenie dziecka ze stanu, w jaki wprowadziłam go przez pierwsze kilka lat… (na swoją obronę powiem, że współwinne są okoliczności okołoporodowe). Dopiero po zaspokojeniu tych dwóch najważniejszych elementów – wychowania i odżywiania (czy raczej ogólniej: opieki) można przejść do dalszych kroków (jeśli zaburzenie jest głębsze i wymaga specjalistycznych działań terapeutycznych).

Zwróćcie jeszcze uwagę na jedno – łatwo przypisać dziecku określoną etykietkę (ADHD, nadpobudliwość, itp.) lecz nie łatwo odwrócić konsekwencje przypisania tejże etykiety… Jeśli diagnoza okazuje się nietrafna, lub też dziecko ma szanse pokonania trudności prostymi zabiegami domowymi, etykietka ciągnie się za nim…. To działa trochę na zasadzie samospełniającego się proroctwa -  określone oczekiwania w stosunku do pewnych zachowań lub zdarzeń wpływają na te zachowania lub zdarzenia w sposób, który powoduje spełnienie oczekiwań. Ot, co!

Reaktywacja. Poetycko.

Czas powstać z popiołów. Egzaminy zdane, praca dyplomowa napisana.

Na rozruszanie po taaakiej długiej przerwie przytoczę zwyczajnie wiersz. Znalazłam go w jednym z rozdziałów wspaniałej książki „Współczesne konteksty dzieciństwa” pod redakcją profesor Gabrieli Kapicy (ach! miałam okazję poznać ją osobiście:-). Pani Profesor zajmuje się pedagogiką dzieciństwa, książkę otwiera jej wspaniały wykład „Dzieciństwo czyni człowieka”. Wiersz jest wymowny – cóż tu można więcej dodać?

Pamiętaj!

Dziecko krytykowane uczy się potępiać.

Dziecko otoczone wrogością uczy się agresji.

Dziecko żyjące w strachu uczy się lękliwości.

Dziecko doświadczające litości uczy się rozczulać nad sobą.

Dziecko wyśmiewane uczy się nieśmiałości.

Dziecko otoczone zazdrością uczy się zawiści.

Dziecko zawstydzone uczy się poczucia winy.

Dziecko zachęcane uczy się wiary w siebie.

Dziecko otoczone wyrozumiałością uczy się cierpliwości.

Dziecko chwalone uczy się wdzięczności.

Dziecko akceptowane uczy się kochać.

Dziecko otoczone aprobatą uczy się lubić siebie.

Dziecko darzone uznaniem uczy się, że dobrze mieć cel.

Dziecko żyjące w otoczeniu, które potrafi się dzielić, uczy się hojności.

Dziecko traktowane uczciwie uczy się prawdy i sprawiedliwości.

Dziecko żyjące w poczuciu bezpieczeństwa uczy się ufności. 

Dziecko otoczone przyjaźnią uczy się radości życia. 

Jeżeli żyjesz w spokoju, twoje dziecko będzie żyło w spokoju ducha.

W jakim otoczeniu żyje Twoje dziecko?

(D. Law Nolte, 2002)

Powyższe wersy stanowią kwintesencję personalistycznego traktowania dziecka, „podwójnie człowieka”.

Podobne błędy, które popełniamy w relacjach z drugim, dorosłym człowiekiem (w małżeństwie, znajomości), popełniamy w kontaktach z własnym dzieckiem. Budujemy mury, obrażamy się, narzucamy własną wizję rzeczywistości, nie potrafimy wyjść poza własną siatkę poznawczą, wykazać się empatią. W wychowywaniu dziecka trzeba być ponad to, mądrze i dojrzale postępować, mieć wciąż na uwadze, że jesteśmy przewodnikami, nauczycielami, wychowawcami.

Bez jasnego, pogodnego dzieciństwa całe życie jest potem kalekie.

Sama wciąż się uczę:-)

FALAFEL

Moja mama w przypływie szaleństwa kupuje czasami dziwne produkty spożywcze. Czując się gwałcona w kwestii zdrowego odżywiania (w naszej rodzinie jest już kilka osób SPOROWIEDZĄCYCH lub POSZUKUJĄCYCH) od czasu do czasu nabywa coś, co wydaje się jej zdrowe/oryginalne/bogate w coś tam. Problem polega na tym, że z reguły nie ma czasu lub siły żeby coś konstruktywnego upichcić z zakupionych dóbr. Zatem, otwieram dziś szafkę w poszukiwaniu inspiracji i patrzę – CIECIORKA. No tak, już o niej słyszałam i miałam nawet bliskie spotkanie, mianowicie obtaczane ziarenka w tłuszczu i przyprawach i opiekane w piekarniku. Niestety nikt nie chciał tego jeść, musiałam zmierzyć się z rzucanymi pogardliwie spojrzeniami.

Ale ja się zawzięłam!

Otwarłam niezawodnego wujka google i znalazłam taki oto przepis:


http://www.arabskie.pl/pl/p/PRZEPIS-Falafel.-Pyszne-kotleciki-z-cieciorki/647

Kotleciki, pomyślałam, to jest coś, co mogłoby chwycić! Oczywiście nie miałam tych wszystkich mahlabów i paru innych przypraw lecz od czego jest inwencja? Zastąpiłam je zwyczajnie tymi przyprawami, które kojarzyły mi się (dość luźno, przyznam) z Arabami, np. dwoma ziarenkami jałowca (HA, HA, jałowiec i Arabowie, też mi skojarzenie inteligentne:-).

Summa summarum, moja mieszanka przyprawowa też się sprawdziła.

Ponadto dodałam jajo, naprawdę wydawało mi się, że ktoś się w tym przepisie pomylił…kotleciki bez jaja? O sodzie zapomniałam (szczerze mówiąc dopiero teraz, gdy przeczytałam przepis ponownie celem wklejenia go tutaj zauważyłam tę sodę – po co tam ona?). Pietruszki też nie miałam.

Dodatkowo zrobiłam porcję ze szklanki cieciorki, zatem mniej niż w przepisie.

Wcale nie odstawiłam zrobionej masy na 1 czy 2 godziny. No i nie posiadam tej tajemniczej maszynki do robienia falafelów. A zamiast oleju, zgodnie z posiadaną już przez was, drodzy Czytelnicy, wiedzą dotyczącą tłuszczów, użyłam smalcu (akurat miałam jeszcze taki naturalny, ze świnioka po zabijoczce;-). Myślę, że masełko klarowane brzmiałoby tu również idealnie – kotleciki zyskałyby dodatkowego aromatu). 
Nastąpiła próba generalna.
Uli (skądinąd raczej chętny do próbowania maminych eksperymentów) oznajmił: PYSZNE! Zjadł falafele z prostą sałatką z pomidorka, cebuli, czosnku, ziół i oliwy z oliwek.
Tymianek zachował się bardziej powściągliwie w wyrażaniu emocjonalnych opinii (dawkuje nam;-). Niemniej zjadł z apetytem trzy i pół kotlecika. A powiem wam, że znacznie ostrożniej podchodzi do nowości…
Na korzyść kotlecików działa również kolor. Mój szanowny MĄŻ – ARTYSTA oznajmił, że jest piękny. Masa, przed usmażeniem, miała cudowny musztardowo-miodowy kolor. Kotleciki zrobiłam malutkie, tak na trzy centymetry średnicy, żeby wyglądały kusząco. 
Uroczyście oznajmiam, że wciągam na moją listę dań.
PS. Jutro wypróbujemy pozostałe kilka kotlecików na zimno, jako pasztet do grzaneczki. Na śniadanie, ma się rozumieć:-)
PS. Z przyprawami trzeba ostrożnie –  nie przesadzić z ilością, np. goździki w ilości nie więcej niż trzy sztuki, ziela ze dwa, itd. Oczywiście mówię o tej mojej zmniejszonej porcji cieciorki.

Przekąski cd.

Pod którymś z wpisów (bodajże o Musiku) jedna z mam „poprosiła o więcej” (oczywiście przepisów). Niestety nie jestem specjalistką w tej dziedzinie i sama poszukuję pomysłów. Nie raz zepsułam różne potrawy:-) Jednak z pewnością mogę podzielić się tym, co się stosuje u nas. Część pomysłów podesłała mi moja Siostra (polecam obowiązkowo do czytania i słuchania: 
http://zdrowedzieci.blox.pl/html
).

Na przykład takie naleśniczki. Nauczyłam się (to jest przepis zapożyczony) robić je z wody (wg mnie najlepsza jest mineralna gazowana) i mąki gryczanej oraz sporej ilości jajek – na dwie szklanki wody nawet i 7 lub 8, mąki tyle, żeby było raczej płynne ciasto. Robię je na maśle klarowanym – dodaje fajny aromat. Generalnie powinny wyjść chrupiące (dość łamliwe ale mi to nie przeszkadza). Nie daję mleka, bo na podstawie zebranych informacji i obserwacji wiem, że nadmiar (a już z pewnością sklepowe) prowadzi do katarów oraz  przewlekłych/powtarzających się ropnych dolegliwości u dzieci (i dorosłych też!) Mam nadzieję, że w dobroczynny wapń w mleku już nie wierzycie? Ono właśnie WYPŁUKUJE wapń z organizmu!!! Właśnie dlatego zawsze apeluję – nie przyjmujmy wszystkiego „jak leci”. Poszczególne firmy chcą zwyczajnie zarobić i stosują techniki manipulacji aby sprzedać nam produkt. Świadomość konsumencka jest tutaj kluczem:-). Odnośnie mleka – już pisałam, że daję dzieciom prosto od krowy od czasu do czasu, tak dla urozmaicenia diety i dlatego, że lubią kaszę mannę z roztopionym masełkiem posypaną kakałkiem i porysowaną niteczkami miodu.

Idziemy dalej… Skoro już jesteśmy przy cieście naleśnikowym to moje urwiski lubią dość cienkie plasterki jabłek obtaczane w takim cieście (w tym przypadku ciasto trzeba zrobić odrobinę gęstsze), podsmażone delikatnie na klarowanym/oleju kokosowym/oliwie z oliwek, posypane cynamonem.

Z takich „smażonek” to jeszcze plastry banana lekko zrobione na maśle klarowanym, też posypane delikatnie cynamonem (lub innymi korzennymi przyprawami).

Następny pomysł (od Siostry:-): bananek pokrojony w kostkę, wymieszany z ugotowaną na sypko kaszą jaglaną (można zacząć od malutkiej ilości kaszy, mniej niż samego banana, lecz jeśli urwis polubi kaszę – można dać więcej), z dodatkiem rozpuszczonego oleju kokosowego i przypraw korzennych.

Tymianek lubi kaszę gryczaną z podduszonymi kawałkami jabłka, też z dodatkiem dobrego tłuszczu (daję olej kokosowy) i przypraw (gł. cynamon). Aż się dziwię, że on to je…

Ponad to, można zawsze dzieciątkom serwować bakalie – ja daję głównie migdały (sparzam je i obieram ze skórki), rodzynki, morele suszone (oczywiście niesiarkowane), orzeszki ziemne.

Zawsze mam też jakieś owoce – tu najlepiej trzymać się zasady sezonowości.

Szukam też przepisów na różne zdrowe i odżywcze placki (zamiast cukru w przepisie daję miód lub melasę, albo w ogóle – jeśli to jest placek z dobrymi jabłkami to nie trzeba słodzić).

Czasami robimy też super zielone kanapki z własnej roboty pasztetem i hodowaną zieleninką: rzeżuchą, bazylią, szczypiorkiem na chlebie żytnim razowym lub chlebku ryżowym.

Nie daję dzieciom żadnych serków ze sklepu, paluszków czy herbatników. Czasami gorzką czekoladę lub robiony w domu krem czekoladowy.

Przyznaję, że wciąż brakuje mi pomysłów:-) Jak mam czas to serfuję po sieci i szukam inspiracji:-)